
Zdarza się, że proces kreatywny jest męczący, żmudny i wymaga wielu poświęceń czy godzin spędzonych w studiu. Bywa też zupełnie na odwrót – i wtedy miejsce trudu zajmują lekkość, przyjemność i czysta radość z tworzenia. Nie da się ukryć, że ta druga – o wiele radośniejsza historia – stoi za pierwszym w pełni solowym albumem Chrisa Liebinga.
„Wynik również jest bardzo ważny, ale jeśli nie cieszy nas to, co robimy, czego możemy oczekiwać od wyniku?”, pyta niekwestionowana legenda i jeden z pionierów europejskiego techno, a odpowiedzi najlepiej szukać na jego najnowszym krążku. Album „Evolver” ukaże się już 27 marca w wytwórni Chrisa, CLR, a z okazji swojego najbliższego występu na warszawskiej Smolnej artysta udzielił nam pięknego, niezwykle inspirującego wywiadu.
Album „Evolver” jest już dostępny w pre-orderze!
Agata Omelańska: Cześć Chris, miło Cię gościć w U. Bardzo się cieszę, że znowu pojawisz się w Polsce – i wiedz, że zawsze jesteś tu mile widziany! – oraz że znalazłeś czas na wywiad.
Rozmawiamy w związku z bardzo wyjątkowym, wręcz przełomowym momentem w Twojej karierze – już 27 marca światło dzienne ujrzy Twój pierwszy solowy album techno. Serdecznie Ci gratuluję, jestem pod ogromnym wrażeniem tej nowej muzyki, a pierwsze pytanie zadam dość nietypowo – bo o słowo i słowa. Skąd wziął się tytuł “Evolver” i jaka historia stoi za tą płytą?
Chris Liebing: Zawsze podobała mi się koncepcja albumu jako nośnika, który pozwala wyrazić więcej niż zwykłe, 12-calowe wydawnictwo, nawet jeśli w tym przypadku mówimy o klubowym techno i – oczywiście – o moich dwóch ostatnich wydawnictwach w Mute Records. Zawsze uważałem, że album powinien mieć głębsze znaczenie. Pierwszy album techno, który wyprodukowałem wspólnie z Andrew Woodenem na początku lat 2000, wydany przez CLR w 2003 roku, nosił tytuł „Evolution”, ponieważ zawsze bardzo, bardzo, bardzo interesowała mnie nie tylko biologiczna, ale także filozoficzna strona naszej ewolucji i kierunek, w którym zmierzamy jako ludzie.
Dwa albumy wydane przez Mute zawierały wiele takich filozoficznych odniesień, podczas gdy „Evolution” był dosłownie o ewolucji, co odzwierciedlały tytuły utworów. Dlatego w przypadku „Evolver” chciałem kontynuować pogłębianie tej tematyki, tworząc album klubowy, i czułem, że przez ostatnie 20-25 lat ewoluowałem na tak wielu poziomach jako DJ i producent techno, że byłem w stanie przelać swoje myśli w muzykę.
Każdy z nas ewoluuje własną ścieżką, we własnym tempie
– a dla mnie coś się rozwinęło, do czego nawiązuje utwór „Unfold”, czyli „rozwój”, rozwinięcie”, kolejny utwór z albumu. Czułem, że „Evolver” lepiej opisuje moją osobistą podróż.
Przez wielu jesteś uważany za ikonę, pioniera i jednego z najważniejszych twórców gatunku, jakim jest techno. 30 lat na scenie, ogromny dorobek i doświadczenie w świecie muzyki klubowej, a mimo to odważyłeś się zrobić coś po raz pierwszy. Jak podszedłeś do tego wyzwania i co było dla Ciebie motywacją w drodze do celu?
O nowym albumie zacząłem myśleć już 2 lata temu, po wydaniu ostatniego, który nagrałem razem z Ralfem Hildenbeutelem dla wytwórni Mute Records, zatytułowanego „Another Day”. Od początku wiedziałem, że chcę wrócić do swoich techno korzeni, bo albumy dla Mute miały być bardziej muzyczną podróżą, a ja miałem ochotę zrobić album klubowy. To bardzo dobrze odzwierciedla moment, w którym jestem w swoim życiu, jeśli chodzi o muzykę techno, i punkt, do którego doszedłem – powtarzając nieco moją odpowiedź na pierwsze pytanie.
Wiedziałem, że chcę nagrać album techno i wiedziałem, że zrobię to sam.
Jednym z powodów było to, że przeprowadziłem się do Szwajcarii i zbudowałem sobie naprawdę przytulne, ładne studio, w którym uwielbiam pracować i eksperymentować. Moje nowe życie w Szwajcarii pozwoliło mi spędzać dużo czasu w górach, na łonie natury, ale jednocześnie w otoczeniu całego mojego sprzętu i elektroniki; zamieniając to, czego doświadczyłem w ciągu dnia, w muzykę w nocy. Tak wyglądał proces trwający 1,5 roku i w taki sposób powstał ten album.
Album był nagrywany w dość naturalny sposób. Nie było za tym żadnego większego planu. Po prostu robiłem to, na co miałem ochotę i co uważałem za konieczne w danym dniu w studiu. W pewnym momencie miałem kilka projektów, które zaczęły nabierać dla mnie sensu i złożyły się na ostateczny album, który można usłyszeć.
Mimo, że jest to Twoja solowa płyta, do współpracy nad nią zaprosiłeś wielu ciekawych gości, m.in. Luke’a Slatera, Speedy J’a, The Advent, Terence’a Fixmera, Pascala Gabriela, Daniela Millera oraz Charlotte de Witte. Jak pracowało Ci się ze swoimi dobrymi przyjaciółmi, a jak z osobami, z którymi tworzyłeś po raz pierwszy?
Wszystko potoczyło się bardzo naturalnie. Przez ostatnie 2 lub 3 lata grałem wiele setów z Luke’m Slaterem i Speedy J’em jako Collabs 3000 i wspólnie pracowaliśmy nad muzyką. Speedy J i ja wydaliśmy album “Collabs 3000” w wytwórni Novamute. Kiedy byliśmy w studiu, powiedziałem mu, że pracuję nad nowym albumem i zapytałem, czy nie chciałby zagrać ze mną małej sesji – ii tak powstał nasz utwór. Nie było za tym żadnego konkretnego planu. Luke Slater dał mi trochę acidowej linii na intro, kiedy graliśmy razem, a ja powiedziałem, że powinniśmy to zamienić w utwór, więc tak zrobiliśmy. Raz w roku jeżdżę z Terence’em Fixmerem, Danielem Millerem i Pascalem Gabrielem na zimowe wakacje do Austrii, gdzie zabieramy nasze modulary i inne urządzenia i po prostu nagrywamy różne rzeczy. Tak właśnie zrobiliśmy; potem zabrałem te nagrania do swojego studia i stworzyłem z nich utwór.
Poprosiłem Charlotte, ponieważ bardzo chciałem kontynuować muzyczną współpracę, którą łączy nas od wielu, wielu lat. Pierwsze wydawnictwo nagraliśmy razem w jej wytwórni KNTXT, więc miałem zaszczyt rozpocząć działalność tej wspaniałej wytwórni razem z nią. Kiedy przyszło do nagrania tego albumu techno, chciałem mieć porządny, acidowy utwór, więc naturalnym było dla mnie zapytanie jej, czy chciałaby wziąć w tym udział. Charlotte od razu się zgodziła i stworzyła niesamowitą, acidową linię, świetny wokal i fantastyczną strukturę utworu, które wspólnie ukształtowaliśmy w ostateczną wersję.
Współpraca z tymi artystami była bardzo łatwa i relaksująca. Wszystko przebiegało bez żadnych problemów – tak jak powinno być w muzyce. Wszystko układało się bez większego wysiłku.
Myślę, że to najpiękniejsza rzecz w tym albumie – było to niezwykle przyjemne doświadczenie.
Wkład w album “Evolver” mają nie tylko muzycy, ale przedstawiciele innych dziedzin sztuki: zaprzyjaźnione Studio Bergfors jest odpowiedzialne za design i oprawę wizualną, a legendarny fotograf Anton Corbijn – za sesję zdjęciową. Co dla Ciebie znaczy ta współpraca, szczególnie w kontekście fotografii? Jaki moment Twojego życia i kariery udało się uchwycić na zdjęciach?
Mógłbym udzielić na to pytanie dwugodzinnej odpowiedzi, ponieważ jest to temat bardzo głęboki i złożony. Dużą rolę odgrywa tu wytwórnia Mute Records i moja miłość do niej oraz jej wydawnictw, zwłaszcza tych związanych z Depeche Mode.
Muzyka nie istnieje sama w sobie; jest formą sztuki, która doskonale współgra z innymi formami.
Studio Bergfors wykonało w przeszłości wiele prac graficznych dla Mute Records i Depeche Mode. Współpracuję z nimi bardzo, bardzo, bardzo owocnie już od kilku lat. Wykonali oprawę graficzną mojego ostatniego albumu, „Another Day”, i – szczerze mówiąc – to był pomysł mojego menedżera, Rolanda Leeskera, który powiedział: „Hej, masz tyle tematów, które się dzieją, masz dobry kontakt z Mute – jeśli potrzebujemy nowych zdjęć, dlaczego nie poprosimy o nie Antona?”.
A ja odpowiedziałem: „Naprawdę myślisz, że Anton zrobiłby dla mnie zdjęcia?”. Anton jest jednym z najbardziej szanowanych fotografów w branży muzycznej – jest nie tylko fotografem, ale i dyrektorem artystycznym oraz wszechstronnym artystą, który zrealizował większość teledysków dla Depeche Mode czy okładek dla U2. Fotografował wszystkich, od Davida Bowiego po… kogokolwiek tylko zechcesz. Dzięki Mute skontaktowaliśmy się z nim i okazało się, że jest dostępny. Współpraca z nim była niesamowitym doświadczeniem. Spędziliśmy dwa dni w Belgii, gdzie odbyła się sesja zdjęciowa do tego albumu, i wszystko przebiegło w całkowicie naturalny sposób. Wspominaliśmy stare czasy, dużo się śmialiśmy i był to naprawdę niesamowity proces.
Myślę, że sam proces tworzenia jest niezwykle ważny; w zasadzie to właśnie o to chodzi.
Oczywiście – wynik jest również bardzo ważny, ale jeśli nie czerpiemy radości z tego, co robimy, czego możemy oczekiwać od rezultatu?
Finalny efekt może bawić ludzi, być dla nich źródłem rozrywki, ale czy jest w nim radość, miłość i przyjemność? Właśnie w ten sposób chcę pracować. Chcę czerpać radość z tego, co robię, a nie robić to tylko po to, aby uzyskać produkt końcowy. Chodzi o radość z tworzenia.
Wracając do mojego albumu dodam, że owszem, można usiąść, wpisać kilka komend do sztucznej inteligencji i mieć gotowy album. Ale czy to sprawia przyjemność? Nie. Świetnie się bawiłem, pracując z moim sprzętem, siedząc w studiu i nie zastanawiając się nad tym, czy to kiedykolwiek zostanie wydane lub czy trafi na płytę. Nie miałem takich myśli. Po prostu cieszyłem się tym, co robię, i pomyślałem, że za pół roku zobaczymy, czy to materiał, który mógłbym umieścić na albumie.
Ten moment w moim życiu został uchwycony na tych zdjęciach i w tej grafice – i to niesamowite widzieć, jak wszystko się układa. Jestem ogromnie wdzięczny wszystkim zaangażowanym w organizację i realizację tego projektu.
Artystów, którzy mieli swój wkład w powstawanie “Evolver”, jest bardzo wielu, a każdy z nich ma swój styl, charakter, energię. Jaka najciekawsza, najbardziej barwna lub zabawna historia przydarzyła się podczas tworzenia? Albo co było dla Ciebie najcenniejszą lekcją?
Cóż, jedną z najcenniejszych lekcji, jaką z tego wyniosłem, wyjaśniłem już w poprzedniej odpowiedzi. Ciesz się tym, co robisz. Zawsze istnieją rozwiązania dla wszystkiego. Czasami nie zgadzasz się z czymś i możesz nie dostać tego, czego chcesz, ale być może wynik tego procesu będzie nawet lepszy niż to, co kiedykolwiek mogłeś sobie wyobrazić.
Mógłbym opowiedzieć wiele historii o tych współpracach, ponieważ wszystkie były naprawdę fajne – ale jeśli mam wybrać jedną, opowiem o tej z Luke’m Slaterem. Dał mi acidowe intro, ja stworzyłem wokół niego utwór, wysłałem mu go, a on powiedział: „Tak, fajne, ale czy czegoś tu nie brakuje?”. Odpowiedziałem: „Tak, czegoś brakuje. Możesz nad tym popracować?”. Było to jeszcze późnym latem, siedziałem w ogrodzie moich przyjaciół w górach i zapytałem go, czy ma czas, żeby pójść do studia. Odpowiedział: „Tak, jestem w studiu”, więc wysłałem mu wiadomość głosową: „W utworze jest fragment 32 taktów, czy możesz wymyślić do niego acidową linię?”. Wtedy on po prostu odesłał mi notatkę głosową z tą linią, a ja powiedziałem: „Brzmi świetnie, możesz mi to przesłać?”.
A potem on dalej nad tym pracował, podczas gdy ja siedziałem w słońcu, popijając piwo w ogrodzie moich przyjaciół, wysyłając mu wiadomości głosowe i udzielając mu kilku rad, aż w końcu przesłał mi gotową część. Kiedy ją otrzymałem, po prostu wziąłem plik i umieściłem go w nowym pliku audio w nowej sesji w Abletonie – i pasował idealnie.
Nie musiałem zbytnio miksować ani robić wiele, aby to zadziałało. Pomyślałem: „To było bardzo wydajne i jakoś bez wysiłku!”.
Takie rzeczy są po prostu piękne i zdają się dziać, kiedy jesteś całkowicie skupiony na chwili obecnej i masz pełne zaufanie do procesu.
A który z utworów jest dla Ciebie najważniejszy? Któremu z nich poświęciłeś najwięcej swojej energii, zasobów, umiejętności technicznych lub… najwięcej luzu, zabawy i podążaniem za flow?
Wiesz, na tej płycie znajduje się 13 utworów, a 4 z nich nie mają prostego rytmu. Nie potrafię powiedzieć, który z nich jest dla mnie ważniejszy niż pozostałe. Wszystkie mają dla mnie szczególne znaczenie, ponieważ każdy z nich ma swoją wspaniałą historię powstania – zwłaszcza te, przy których współpracowali inni artyści.
Ale jeśli jest utwór, który chciałbym, aby słuchacze wysłuchali z wielką uwagą, to jest to ostatni z nich, „Endtrack”. Nie jestem zbyt muzykalną osobą i mam trudności z klawiszami, ale bawiłem się moimi syntezatorami i w jakiś sposób powstały te melodie. Po prostu dodawałem warstwę po warstwie, a ponieważ moja teoretyczna wiedza jest dość ograniczona, zastanawiałem się, czy naprawdę mogę to zrobić i czy jest to w ogóle możliwe. Ale dla mnie brzmiało to dobrze, więc po prostu zaufałem swojej intuicji.
Właściwie sugerowałbym, aby każdy słuchacz zaczął od pierwszego utworu i wysłuchał całego albumu. Chciałem, aby tempo słuchania było przyjemne, więc cały album nie trwa dłużej niż 65 minut. „Endtrack” jest również nieco inspirowany utworem „Endsong” zespołu The Cure, nie tyle pod względem muzycznym – nigdy nie odważyłbym się porównywać siebie do Roberta Smitha – ale ich album „Songs From A Lost World” jest jednym z najbardziej niesamowitych, jakie ukazały się w ostatnich latach. A ostatni utwór, „Endsong”, tak mnie zachwycił, że stworzyłem „Endtrack”.
„Zakorzeniony w true school’u i w mrocznych, spoconych jamach techno świata” – nie mógłbym sobie wyobrazić lepszego opisu tego albumu. Czym jest dla Ciebie styl, zarówno w kontekście DJ-ki, jak i produkcji muzycznej?
Dla mnie oznacza to powrót do podstaw. Na tej planecie jesteśmy zwierzętami, które tańczą w rytm muzyki. A jeśli rytm staje się tak prosty, że wszyscy mogą się z nim zgodzić, to jest on czynnikiem jednoczącym kultury, który przekracza wszystko. Jednocześnie chcesz mieć groove, który pozostaje interesujący, mimo że jest prosty.
Z jednej strony musisz być więc jak najbardziej minimalistyczny, aby ludzie tańczyli do rytmu muzyki, ale z drugiej strony musisz być jak najbardziej interesujący, aby ich zatrzymać na parkiecie.
Nie możesz po prostu przez pięć minut puszczać basu z pętlą w tle, ponieważ ludzie straciliby zainteresowanie.
Chcesz, aby było to proste, ale jednocześnie interesujące dla wszystkich.
I to jest dla mnie techno; to jest mój cel jako DJ-a. Minimalizujesz wszystko inne, co mogłoby rozpraszać zmysły. Wystarczy kilka stroboskopów i trochę mgły, aby stworzyć na parkiecie atmosferę, która pozwala ludziom zatracić się, a jednocześnie czuć wszystko wokół siebie.
To właśnie mam na myśli, gdy mówię o stylu. Jesteś w zamglonym pomieszczeniu ze stroboskopami i dudniącymi bębnami i czujesz się spełniony, obecny i żyjący chwilą. Czujesz jedność z innymi.
Kiedy po raz pierwszy posłuchałem albumu „Evolver”, byłem pod ogromnym wrażeniem jego złożoności, konceptualności i nawiązania do legendarnych klubów lat 90.: berlińskiego Tresora i frankfurckiego Omenu. Dziękuję za uhonorowanie ich ducha i brzmienia na tej płycie! Patrząc wstecz, jak zdefiniowałbyś swoje poczucie przynależności do sceny elektronicznej?
Wszystkie te miejsca, o których wspomniałeś, zostały stworzone po to, aby wszyscy mogli spędzać razem czas bez osądzania i uprzedzeń; z otwartym umysłem, w atmosferze pokoju i miłości. Choć może to zabrzmieć banalnie, chodzi o „jedność”. Czujemy się zjednoczeni ze wszystkimi wokół nas. Jesteśmy zwierzętami społecznymi, chcemy tańczyć w rytm muzyki i myślę, że dla mnie właśnie to jest esencją sceny muzyki elektronicznej i klubowej.
Okay, zostawmy na chwilę Niemcy i wybierzmy się do Polski – zawsze jesteś mile widziany w naszym kraju i mam nadzieję, że odczuwasz to podczas swoich występów. W lutym grasz w poznańskiej Tama i warszawskiej Smolnej. Twoim zdaniem, co jest najmocniejszą stroną polskiej sceny muzyki elektronicznej? Z czego i z kogo powinniśmy być najbardziej dumni?
Myślę, że Polska powinna być niezwykle dumna ze swojej sceny techno i festiwali, takich jak Mayday i Audioriver,
żeby wymienić tylko kilka. Wszystkie niesamowite kluby, takie jak Tama w Poznaniu, gdzie grałem w zeszły weekend. To było absolutnie niesamowite; duch ludzi i radość, którą wszyscy wnoszą, to coś wyjątkowego w Polsce. Są inne kraje, które przechodziły różne fazy, fazę minimalową, tę czy inną, ale z jakiegoś powodu Polska zawsze była wielkim krajem techno. Posiadanie tego i pozwalanie swoim ludziom na robienie tego w tych pięknych klubach i miejscach jest czymś, z czego można być dumnym. Stworzyliście środowisko, w którym to wszystko jest nadal możliwe. Zawsze uwielbiam wracać do Polski i nie mogę się doczekać, aż ponownie odwiedzę Smolną.
I ostatnia, ale nie mniej ważna kwestia: mamy rok 2026 w branży muzyki elektronicznej. Co było najważniejsze w początkach kultury klubowej, a o czym dzisiaj zapomnieliśmy?
Odpowiedź na to pytanie również wymagałaby całego podcastu. Dokąd doszliśmy? Myślę, że straciliśmy nieco zdolność do dawania ludziom możliwości samodzielnego odkrywania tego, co lubią, a czego nie. Dziś jesteśmy bombardowani tak wieloma krzykliwymi rzeczami, że tracimy koncentrację, a młodym znacznie trudniej jest znaleźć własną drogę i nie ulegać wpływom tego, co inni uważają za dobre dla nich, lub tego, co jest obecnie najpopularniejsze lub najczęściej rozpowszechniane.
Wszyscy odczuwają ogromną presję.
Nie twierdzę, że w przeszłości jej nie odczuwaliśmy, ale nie byliśmy codziennie bombardowani taką ilością wiadomości i informacji, do których nasz układ nerwowy nie jest przyzwyczajony. Myślę więc, że w tym sensie chodzenie do klubów stało się coraz ważniejsze, aby znaleźć coś, co nazwałbym „wyspami odcięcia się od ciągłego hałasu”.
Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze do ponownego odkrycia istoty naszej sceny. Z czasem, kiedy wszystko stało się tak komercyjne, nieco ją straciliśmy; większość dużych festiwali, które były bardzo dobrze przygotowane pod kątem muzycznym, musiała – i nie mogę ich za to winić – przejść do bookowania wyłącznie największych gwiazd.
Nie chodziło już tak naprawdę o muzykę, ponieważ organizatorzy musieli sprzedawać bilety – to proste i zrozumiałe. Nie można też winić ludzi, którym sprzedają bilety, ponieważ nie mają oni ani czasu, ani wyboru. Mają wybór, ale nie wiedzą już nawet, gdzie szukać tego, czego naprawdę chcą i co lubią. Weszliśmy w pewien proces, w którym maszyna jest napędzana przez tych, którzy czerpią z niej największe zyski. Kultura i muzyka pozostają w tyle, ale bardzo cieszy mnie, że ostatnio wiele osób w klubach zamyka oczy i nie dotyka telefonów, po prostu będąc sobą.
Jedną z największych rzeczy, które straciliśmy po 2007 roku, była prywatność w klubach. Dzisiejszej młodzieży znacznie trudniej jest się wyluzować, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś ich sfilmuje lub opublikuje coś na ich temat. Dlatego uważam, że musimy tworzyć coraz więcej bezpiecznych przestrzeni, w których można mieć pewność, że nikt nie filmuje i można tańczyć tak, jakby nikt nie patrzył. To bardzo ważne i myślę, że właśnie to straciliśmy po drodze.
Widzę jednak, że trwa wielki ruch “pod prąd’ i bardzo mi się to podoba. Oczywiście, osobiście lubię festiwale, ale coraz częściej gram w tych miłych, małych, dusznych klubach przed publicznością, która jest gotowa pójść o krok dalej i zostawić swoje telefony w kieszeni. Myślę, że coraz więcej z nas jest gotowych to zrobić i nie dać się kontrolować tym, którzy kontrolują te środki.
Bardzo dziękuję za rozmowę, Chris! To był dla mnie zaszczyt i przyjemność porozmawiać z Tobą; życzę wszystkiego najlepszego i do zobaczenia wkrótce na parkiecie Smolnej!

