
Jak to jest ze spełnieniem marzenia o wielkiej karierze DJ-skiej: czy od razu trafia się na wielkie sceny, do najbardziej prestiżowych wytwórni i w towarzystwo samych headlinerów? Może tak, a może nie – przeważnie jednak zanim artysta odnosi swój międzynarodowy sukces, stanowi część lokalnej sceny, z której się wywodzi. Bowiem bez wsparcia, rozwijania kariery krok po kroku oraz dbania o jakość (a nie tylko wizerunek), trudno jest cokolwiek zbudować.
Lokalność ma wartość i własną tożsamość, podkreśla MAUER, warszawski producent, DJ oraz założyciel i właściciel wytwórni SENSOR Records. Jego najnowsza EP-ka, wydana końcem lutego “Subzero Complex”, stała się okazją nie tylko do zanurzenia się w modularowe, minimalistyczne brzmienie, ale i do refleksji nad polską sceną muzyki elektronicznej. I choć MAUER działa lokalnie, jego utwory są grane i doceniane na całym świecie.
Agata Omelańska: Witaj, Piotr! Spotykamy się i rozmawiamy z wyjątkowej dla każdego artysty okazji – 27 lutego ukazała się Twoja najnowsza EP-ka, zatytułowana “Subzero Complex”. Ja słuchałam jej przedpremierowo, nie raz i nie dwa, i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to naprawdę dobra porcja muzyki. Opowiedz, o czym są te utwory? Co było inspiracją do ich powstania i jak wyglądały prace nad EP-ką?
MAUER: Inspiracją była polska scena muzyki elektronicznej i to, jak lokalni artyści bywają pomijani na rzecz tych zagranicznych. EP-ka jest reakcją na to zjawisko i próbą pokazania, że lokalność ma wartość i własną tożsamość. Skupiłem się na dźwiękach bardziej modularnych, w których brzmienie jest głębsze, a wiele elementów powstało z improwizacji. Zamiast dążyć do sterylnej perfekcji, uwypukliłem drobne niedoskonałości, które budują charakter i atmosferę utworów.
Na “Subzero Complex” składają się 4 utwory w surowej, modularowej estetyce. Słuchając tej EP-ki, miałam wrażenie, że Twój styl mocno ewoluował na przestrzeni ostatnich 2 lat. Nadal pozostaje Twój – oczywiście – ale im bardziej minimalistyczny jest w brzmieniu, tym bardziej intrygujący się staje. Co najbardziej wpływa na to, jak grasz i jaką muzykę tworzysz?
Myślę, że największy wpływ na to, jak gram czy produkuję, wpływają moje doświadczenie i sposób, w jaki dziś odbieram muzykę oraz to, na jakim etapie życia się znajduję. Ważne są też rzeczy pozamuzyczne, takie jak emocje oraz to, jak zmienia się moje podejście do sceny i samego tworzenia. Minimalizm przestał być dla mnie estetyką samą w sobie, a stał się narzędziem, które pozwala lepiej wybrzmieć detalom.
Dziś bardziej interesuje mnie autentyczność i spójność, a nie „efekt WOW”.
Bardzo interesująca jest też historia, która stoi za tą EP-ką. Poruszasz wiele ważnych aspektów funkcjonowania producenta w branży, szczególnie w Polsce. Podkreślasz lokalność jako siłę twórczą i sytuację, w której trzymanie lokalnych artystów w cieniu nie tylko ogranicza ich rozwój, ale sprawia, że cała scena przestaje się rozwijać. To bardzo ważny głos na dzisiejszej scenie i dziękuję, że mówisz o tym głośno.
Ta EP-ka powstała właśnie z potrzeby nazwania rzeczy, które wielu z nas czuje, ale rzadko mówi o nich wprost.
Nie traktuję tego jako krytyki dla samej krytyki, tylko jako próbę zwrócenia uwagi na mechanizmy. Lokalność jest dla mnie czymś naturalnym – jeśli nie budujemy zaufania do własnych artystów, którzy często nazywani są “lokalnymi grajkami”, to scena zawsze będzie funkcjonować w trybie porównań i kompleksów. A przecież mamy wszystko, by tworzyć rzeczy autentyczne i wartościowe. Cieszy mnie to, że ten projekt jest odbierany jako głos w dyskusji, bo właśnie o to chodziło; o tę refleksję i może małe przesunięcie perspektywy.
Na uwagę zasługuje fakt, że premiera Twojej EP-ki miała miejsce tylko na polskich platformach na Soundcloudzie: były to Polish Techno.logy, Lost in Ether, Znamy się z Techno i Synapsa. To z jednej strony symboliczna, a z drugiej strony świadoma decyzja, szczególnie w obliczu przekonania, że “by zostać zauważonym, muszę zaistnieć na zagranicznych kanałach”.
To była w pełni świadoma decyzja. Chciałem, żeby forma premiery była spójna z ideą całej EP-ki. Skoro „Subzero Complex” mówi o lokalności i zaufaniu do własnej sceny, naturalnym krokiem było oparcie release’u na polskich kanałach, które realnie wspierają rodzimych artystów. Nie neguję znaczenia zagranicznych platform, ale mam wrażenie, że często traktujemy je jako jedyną drogę do zrobienia kariery. A przecież lokalne inicjatywy budują przestrzeń, bez których żadna scena nie ma szans się rozwijać.
To nie tylko gest symboliczny, ale też praktyczne wsparcie dla ekosystemu, którego sam jestem częścią.

A jednak usłyszeli Cię i zagraniczni artyści. EP-ka “Subzero Complex” zyskała bardzo dobre opinie od artystów takich jak Quelza, Ben Klock, future.666, czy Tasha; również i Twoje wcześniejsze produkcje zostały przez nich docenione. Jak czujesz się, gdy dostajesz takie słowa od artystów, których podziwiasz? Serce rośnie, prawda?
Za każdym razem, gdy dostaję wiadomość, że ktoś zagrał mój track, czuję ogromną wdzięczność i satysfakcję.
To przypomina mi, że muzyka żyje własnym życiem, trafia do ludzi, krąży po świecie i staje się częścią czyjejś historii na parkiecie.
Świadomość, że muzyka, która powstała z czystej potrzeby tworzenia, trafia potem na systemy nagłośnieniowe w miejscach, gdzie spotykają się ludzie z różnych zakątków świata, jest naprawdę wyjątkowa.
Jestem też niezwykle wdzięczny za momenty, w których moi idole sięgają po moje utwory w miejscu, które od lat jest dla mnie szczególne – czyli w klubie Berghain. To przestrzeń, która od dawna jest dla mnie jednym z najważniejszych punktów odniesienia na mapie muzyki klubowej. Dlatego świadomość, że moja muzyka pojawia się tam w setach artystów, których podziwiam, ma dla mnie naprawdę ogromne znaczenie. To wszystko jest wielką motywacją do dalszej pracy i tworzenia kolejnych rzeczy.
A powiedz, jak się miewa ten pokutujący w naszym kraju mit o artystach zagranicznych i tych rodzimych? Czy rzeczywiście nadal chodzimy tylko na headlinerów i zagranicznych artystów, a tych wypisanych na plakacie “mniejszym fontem” traktujemy jako gorszych?
Wydaje mi się, że cały czas tak jest… i sądzę, że dalej tak jest. Robienie marketingu dalej jest u nas traktowane jak coś złego – a przecież dzięki niemu zagraniczni artyści wyrośli na headlinerów. Te wszystkie utwory wykorzystane w filmach w social mediach są tego dowodem. Żyjemy w czasach, w których jeśli coś ma słabe statystyki, to jest pomijane i uważane za coś gorszego. Właśnie dzięki sile marketingu ktoś ze swojego pokoju trafia na główną scenę festiwalu.
Z drugiej strony coraz częściej widać, że publiczność zaczyna bardziej świadomie interesować się lokalną sceną i zauważa problem. W ubiegłe wakacje organizowałem dwa wydarzenia w jednym ze stołecznych klubów – w skład obu wchodzili tylko lokalsi, a frekwencja była wyższa, niż na niejednym zagranicznym headlinerze.
W jaki sposób nowe twarze na scenie mają szansę na pokazanie siebie i swojej twórczości? Czy np. tradycyjne metody, takie jak open decki czy wysyłanie swoich mixów na konkursy, nadal dają debiutantom realne możliwości? Czy jednak wizerunek w sieci zdominował świat DJ-ski, i to on stał się kartą przetargową do zaistnienia?
Tradycyjne formaty, jak open decki, nadal potrafią być wartościowe, bo dają kontakt z publicznością i uczą czytania parkietu w realnym środowisku. To dobre miejsce na zdobywanie doświadczenia i pierwszych relacji. Problem polega na tym, że same w sobie rzadko wystarczają do długofalowej widoczności. Wizerunek w sieci stał się dziś bardzo istotny, bo internet jest naturalnym środowiskiem obiegu muzyki. Sety, miksy, własne produkcje czy nawet sposób komunikacji pomagają dotrzeć do ludzi, którzy inaczej nigdy by na Ciebie nie trafili.
Jednak sam „image” bez solidnego zaplecza muzycznego szybko traci znaczenie. Wizerunek to narzędzie, ale nie sam cel.

Chciałabym też zwrócić też uwagę na jeden, bardzo symboliczny, ale i ważny element “Subzero Complex” – a jest nim góra lodowa. Jak odbiorcy powinni go interpretować? Co znajduje się pod tą wielką, zimną bryłą, w odniesieniu do naszej sceny elektronicznej?
Ten symbol ma przypominać, że wartość sceny nie wynika wyłącznie z tego, co najbardziej spektakularne czy medialne.
Fundamenty są często ciche, rozproszone i niedoceniane;
to one utrzymują całą strukturę. Bez tej „niewidocznej części”, nic na powierzchni nie mogłoby istnieć. Często w sieci pojawiają się komentarze mówiące o tym, że polska scena jest młoda – a przecież zaledwie w 2021 roku została wydana antologia “30 lat polskiej sceny techno”.
OK, weszliśmy na bardzo poważne tematy branży rozrywkowej – myślę, że czas odbić w nieco jaśniejszą i bardziej pozytywną stronę. Co najlepszego, najfajniejszego przydarza Ci się, gdy grasz? Może wydarzyło się coś takiego, co sprawiło, że jednak pomyślałeś: “Jestem z siebie dumny, dałem z siebie wszystko, warto to robić?”
Za każdym razem, gdy kończę swój set, to właśnie uśmiech i radość klubowiczów sprawiają, że na nowo zakochuje się w tym, co robię. To dowód na to, że dobrze zrobiłem swoją robotę. Wielokrotnie zdarzało mi się, że po secie ktoś do mnie podchodził i mówił, że miał ciężki tydzień, ale o tym zapomniał, bo tak świetnie się bawił. I to jest dla mnie najcenniejszy feedback.
A z takich śmiesznych sytuacji, to przytoczę tę dość świeżą – na jednym z moich setów publiczność w pewnym momencie dostała takiej euforii, że ludzie dosłownie piszczeli. Dokładnie pamiętam ten moment, bo to było na jednym z build-up’ow utworu Slam. Nagle na sali znalazła się ochrona z latarkami, bo myślała, że coś się stało. A to tylko MAUER!

Dla takich chwil zdecydowanie warto grać! Kiedy przygotowywałam się do naszej rozmowy, postanowiłam wypunktować sobie Twoje najważniejsze osiągnięcia z ostatniego czasu. Działo się sporo, więc notatka jest długa: EP-ki “Human Grotesque”, “Pointless Conversation” czy “Nostalgia Ultra”. Podcasty dla BCCO, Numero Netherlands, Zement czy Kaltblut Magazine oraz występy u boku takich artystów, jak Orbe i psyk czy Ben Klock. Końcem roku grałeś również w Berlinie, w klubie OST – co jeszcze dodałbyś do tej listy?
Wydaje mi się, że największym sukcesem jest to, że moje kawałki są regularnie grane na całym świecie. Już nie zliczę wiadomości od DJ-ów, którzy napisali do mnie, że je zagrali.
Dodałbym też, że jakiś czas temu nasza VTSS regularnie grała je na festiwalach, co spowodowało, że mój Spotify dosłownie wybuchł!
Kolejna istotna dla mnie rzecz to występ w kultowym Sisyphos w Berlinie. A support moich idoli, o których wspomniałaś, to również coś bardzo ważnego.
Nie mogę Cię też nie zapytać o Berlin i Berghain – wiem, że właśnie ten klub jest Twoim ulubionym miejsce na ziemi do słuchania muzyki i tańczenia. Czyj występ w Świątyni zrobił na Tobie największe wrażenie? I dla kogo – lub czego – wracasz tam z tą samą, niezmienną pasją?
Już od samego spaceru ulicami Berlina możemy poczuć i usłyszeć, czym żyje to miasto i jak muzyka techno jest w nim istotna. Jeśli mowa o klubach, to w gorące, letnie dni polecam Sisyphos, a Berghain – przez cały rok. Stef Mendesidis grający czterogodzinnego live’a to była najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem. Dodatkowo za każdym razem jestem pod wrażeniem setów Bena Klocka, którego po prostu uwielbiam.
Na sam koniec pytanie: jak zostać czyimś ulubionym DJ-em?
Nie ma takiego sposobu, bo sam bym się chciał dowiedzieć… ale z mojej perspektywy wydaje mi się,
że najważniejsze jest granie utworów, które ktoś nawet nie wie, że chce usłyszeć.
Dziękuję za wspaniałą i inspirującą rozmowę, MAUER! Niech spełniają Ci się wszystkie marzenia – nie tylko te muzyczne – oraz niech Twoja autentyczność, pracowitość i podejście do branży muzyki klubowej inspirują i innych artystów, i klubowiczów!

